wtorek, 22 stycznia 2019

hasło: Mroźna zima
Wygląd: https://i.pinimg.com/564x/43/21/91/43219194e6d3a268c9c8bff4e2f2991e.jpg
Imię i Nazwisko: Allyson Lorrain
Przezwiska: Będąc szczerym niezbyt lubi ona swoje imię i każdemu każe mówić na siebie Allie, gdyż według niej to imię brzmi zbyt poważnie...
Wiek: Dokładnie dziewiętnaście lat.
Płeć: Piękna
Rasa: Feniks ognia
Pochodzenie: Wychowała się we Francji, a dokładnie w mieście Nantes.
Głos: https://www.youtube.com/watch?v=b73BI9eUkjM (Jennie)
Praca: Studiuje filologię angielską na pobliskim uniwersytecie, dorywczo zajmuje się nauką tańca w jednej ze szkółek, czasami też gdy brakuje jej pieniędzy bawi się w tłumacza, ale to już rzadziej.
Charakter: Allie jest człowiekiem o dość złożonej osobowości. Z jednej strony nieco nieśmiała, z drugiej natomiast energiczna i wszędzie jest jej pełno. Jest realistką, dużo rzeczy bierze zbytnio na poważnie, aczkolwiek posiada spory dystans do siebie jak i poczucie humoru. Zazwyczaj, gdy jest przepełniona radością mówi strasznie dużo, jednak w chwilach smutku stawia na samotność, spokój i ciszę. Zazwyczaj nie dzieli się z nikim swoimi problemami jak i sprawami osobistymi, nie chcąc sprawiać kłopotu oraz bojąc się litości. Sama natomiast lubi pomagać innym i jest dobrym doradcą. Do ludzi nowo poznanych jest nastawiona neutralnie, a przy tym kulturalnie i uprzejmie. Zdecydowanie posiada też wiele wad. Otóż często jest tak, że najpierw robi, potem myśli przez co jej życie urozmaicone jest w różne dość śmieszne i jakże ciekawe wydarzenia. Swoją drogą uwielbia ona dreszczyk emocji i przypływ adrenaliny, toteż czasami lubi sobie zaszaleć i złamać kilka reguł oraz korzysta z życia najlepiej jak może. Zdecydowanie nie ma cierpliwości aniołka i niekiedy zdarza się, że jest odrobinkę nerwowa. Swoją drogą nie radzę zachodzić jej za skórę, bowiem z natury jest człowiekiem mściwym i pamiętliwym. Mimo to nie potrafi kłamać i zazwyczaj mówi prawdę nie owijając w bawełnę. Rzadko kiedy podporządkowywuje się innym. Za to robi wszystko po swojemu ucząc się na błędach. Przy tym bardzo broni swojego zdania i często się o nie wykłóca, co uważa za swoją wadę. Pomijając to wszystko to należy do raczej leniwych i w miarę spokojnych typów, ma takie dni gdzie najchętniej cały dzień przeleżałaby w łóżku nic nie robiąc. Jest kompletnie niezorganizowana i cały czas jedzie na spontanie, przez co zapomina o niektórych spotkaniach, a spóźnianie się jest u niej normą. Tak na koniec warto dodać, iż niekiedy nadużywa sarkazmu i ironii... Weszło jej to trochę w nawyk i jak na razie ciężko jest się jej tego pozbyć.
Wygląd: Allyson raczej nie wyróżnia się z tłumu. Ma 170 cm wzrostu i niezbyt nadzwyczajną sylwetkę. Nie za gruba, nie za chuda... Oczywiście czekoladowe, długie włosy oraz (jak przystało na feniksa) ciemno złote oczy, które skrupulatnie chowa za soczewkami, ponieważ zbytnio za nimi nie przepada. Charakterystyczną cechą są u niej trzy tatuaże i kilka kolczyków w uszach. Na prawym nadgarstku znajduje się jaskółka, lewą kostkę zdobi mała korona, a trzeci to mini znak nieskończoności na prawym nadgarstku. Oprócz tego jej ciało szpeci kilka blizn, które pojawiły się po samochodowym wypadku przeżytym kilka lat temu. Co prawda nie wyglądają już aż tak źle, jednak jakby się lepiej przyjrzeć to dalej są widoczne.
Zainteresowania/hobby: Od dziecka Allyson lubiła tańczyć w sumie wszystko, czasem balet, hip hop, niekiedy też taniec towarzyski... Robi to do dziś. Ogólnie jest osobą lubiącą sport, toteż jeździ konno i próbuje się w łyżwiarstwie figurowym.
Oprócz tego to w wolnym czasie najprościej w świecie leni się oglądając odcinki seriali bądź interesujących ją filmów, czasem czyta książki, niekiedy coś bazgrze w swoim szkicowniku (chociaż zdecydowanie nie ma talentu do rysowania)
Rodzina:
Valentina Lorrain - cudowna i niezwykle optymistyczna mamusia, na każdym kroku udająca kochanego rodzica, tak naprawdę porzuciła swoją rodzinę dla .Hiszpana, z którym jest już zaręczona. Liczą się dla niej głównie pieniądze i luksusowe życie.
Marcus Lorrain - ojciec Allie, człowiek wiecznie zapracowany, jednak chcący dla swoich dzieci jak najlepiej. Niestety strasznie kłótliwy i surowy, dalej nie może się pogodzić z odejściem żony przez co stał się bardziej nerwowy i może troszkę zaczął nadużywać alkoholu...
Christopher Lorrain - o rok starszy brat Allie, z którym ciężko złapać jej wspólny język, typowy imprezowicz. Udaje, że ma gdzieś wszelkie rodzinne problemy, lecz kiedy jest potrzebny to potrafi pomóc swojej młodszej siostrzyczce.
Partner: brak
Zakochany/a: Póki co nikogo sobie jeszcze nie upatrzyła
Orientacja: heteroseksualna
Inne:
~Mówi biegle w 3 językach: Angielskim, Francuskim i Koreańskim
~Nie przepada za swoimi brązowo-złocistymi oczami, więc nosi soczewki by jakoś je ukryć
~Niekiedy ma problemy ze snem
~Jej matka nie wie, iż jest ona feniksem
~Przeżyła wypadek wraz ze swoimi znajomymi przez co jej ciało zdobi kilka blizn, od tego momentu boi się widoku krwi
Pojazd: Jest posiadaczką BMW F30 (https://i.pinimg.com/564x/9a/7e/ff/9a7eff10a87ed31240960c43c999cfac.jpg), chociaż kompletnie nie zna się na autach i zbytnio nie przywiązuje do tego wagi
Dom: Dom 17/20
Pupil:
Inne zdjęcia:
1. https://i.pinimg.com/564x/d8/1b/2f/d81b2f105150a89c8fb0211562bc5639.jpg - jako feniks
2. https://i.pinimg.com/564x/9b/16/f4/9b16f4b280a579f8e5709b1109b0b707.jpg

Steruje: Kanto - hw
Email: happy.end1331@gmail.com

niedziela, 20 stycznia 2019

Ten wieczór był dla mnie swego czasu przełomem. Zapukałam zapłakana do drzwi przyjaciółki  (chociaż obiecałam sobie, iż nie uronię ani jednej łzy), oczywiście mimo później pory otworzyła drzwi zaspana i widząc moją twarz stanęła jak wmurowana.
 - C...Co się stało? - spytała zdezorientowana.
 - A... Austin... - Wydukałam i objęłam ramionami rudowłosą chcąc się komuś po prostu wypłakać.
Z początku nie zadawała pytań, jedynie co to zrobiła mi gorącą czekoladę i usadziła przy kominku w niezwykle wygodnym fotelu. Dopiero później próbowałam opisać jej całą zaistniałą sytuację, chociaż składała się ona głównie z mojego jąkania się i pociągania nosem. Chyba wykorzystałam cały jej zapas chusteczek jaki miała...
W każdym razie, gdy już wypiłam trzecią filiżankę słodkiego napoju i zwyzywałam Austina od najgorszych (przy okazji wspominając te popieprzone wydarzenia), wtenczas najwyraźniej wypłakałam wszystkie łzy, które miałam, bowiem teraz siedziałam z beznamiętnym wyrazem twarzy i wpatrywałam się w przyjaciółkę.
 - Austin to dupek. - Podsumowała w końcu rudowłosa.
 - Może... Wiedziałam, że tak będzie! Przeczuwałam, że coś będzie nie tak, a on cholera musiał tam iść, musiał! Do tego później miał jeszcze do mnie wąty... - Prychnęłam, bo przecież jakoś musiałam się obronić prawda?
 - Może powinnaś też spojrzeć na to z jego perspektywy... Ten typek zabił jego rodziców.
 - Ale mógł ze mną porozmawiać na ten temat, a nie kłamać...
 - Chciał oszczędzić ci zmartwień.
 - Czemu go bronisz? - Zmarszczyłam brwi.
 - Po prostu nie chcę żebyście się kłócili. Oboje macie irytujące charaktery.
 - Tęsknię za nim. - Zaszlochałam. - A nawet oficjalnie nie byliśmy razem. - Zaśmiałam się niewesoło.
Lisa tylko przysunęła się bliżej mnie i troskliwie objęła ramieniem.
 - Idź już spać, późna godzina, a jutro pewnie masz pracę, musisz odpocząć. - Posłała mi delikatny uśmiech, a ja kiwnęłam głową.
Miała rację, zresztą mając w pamięci mój ostatni związek, który zakończył się podobnie - mężczyźni chyba tacy są. Albo to ze mną jest coś nie tak.
W każdym razie po długich kłótniach wywalczyłam to, że będę spać na kanapie i tak też zrobiłam.
Oczywiście, jak nietrudno się domyślić nie łatwo było mi odpłynąć w objęcie Morfeusza, gdyż moją głowę stale zaprzątał Austin Pieprzony Jones.
Nie był sobą, to było pewne. Może coś zażył? Po drodze odwiedził jakiś klub? Albo ten facet coś mu zrobił?
Nie miałam pojęcia. Chciałam się go wypytać o szczegóły, bądź chociaż normalnie porozmawiać, ale on był zły. Cholernie zły. Plus ja też powinnam być na niego wściekła, to że o mało co nie doszło do rękoczynów było niewybaczalne. Ale czego spodziewać się po mężczyźnie, który z zimną krwią zabija innych ludzi?
~*~*~*~
Udało mi się przymknąć oczy dopiero nad ranem, kiedy kominek już wygasał a ja byłam cholernie zmęczona. Tego dnia nie poszłam do pracy. Ogólnie to nie wychodziłam z mieszkania przyjaciółki, bowiem byłam w stanie mini depresji i nie miałam ani chęci ani sił do życia. Nie robiłam kompletnie nic poza piciem zielonej herbatki, którą tak kochałam i oczywiście myśleniem o Austinie. Cały czas odwzorowywałam wydarzenie z wczoraj i starałam się szukać przyczyn takiego zachowania jak i próbowałam odnaleźć kolejne istotne szczegóły. Co swoją drogą nie szło mi już tak dobrze...
Co chwila ktoś ze współlokatorów usiłował zająć mnie rozmową bądź jakoś pocieszyć (z marnym skutkiem niestety). Przez ten czas przygarnęłam sobie komputer rudej i skupiłam się na oglądaniu seriali, czytaniu książek czy rysowaniu... Jedyne czego mi brakowało to Toby. Właśnie, TOBY!
Jeszcze tego samego dnia ogarnęłam się na tyle, by nie odstraszać ludzi na ulicach i powolnym krokiem udałam się do Zimowego Poranka, w duchu modląc się aby nie spotkać bruneta. Włączyłam ulubioną muzykę w telefonie chcąc jakoś się zmotywować (z marnym skutkiem oczywiście).
Ku mojemu zadowoleniu w progu powitała mnie Cassie, oczywiście pytając o powód mojej nagłej mini ,,przeprowadzki". Wyjaśniłam jej wszystko nieco naginając fakty oraz omijając kilka zbędnych wydarzeń. Przy okazji poprosiłam, aby nie wspominała nic Austinowi o moim chwilowym przybyciu. Jak się później okazało przez moją chwilową nieobecność rudowłosa zajęła się moim maluszkiem czekając na mój powrót. Na moje szczęście brunet akurat niedawno wyszedł, toteż miałam wolną wolę. Szybko zgarnęłam wszystkie najważniejsze rzeczy mojego psiaka i wyściskałam dziewczynę.
 - Dziękuję, wiszę ci przysługę! - Zadeklarowałam.
W międzyczasie kiedy Cassie gdzieś poszła, ja zostałam sama na korytarzu i mimowolnie zerknęłam na zamknięte drzwi do pomieszczenia, w którym jeszcze niedawno urzędował mężczyzna. Pchnięta nagłą ciekawością na sekundkę odłożyłam wszystko co miałam w rękach i niepewnie uchyliłam skrzypiące drzwi. Na szczęście nie zastałam tam nikogo. Tylko pustkę, jak się okazało - większość jego rzeczy również zniknęła... Czując łzy zbierające się w kącikach oczu, tylko je starłam i niezdarnie usiadłam na rogu łóżka. Moją głowę napełniły wszystkie wspólne chwile, pierwsze spotkanie, a nawet mój pobyt u mafii, potem pierwsza kłótnia, gdy zniknął, chociaż w sumie stale na siebie krzyczeliśmy i wyzywaliśmy się... Uśmiechnęłam się niewesoło przypominając sobie wszystkie wyzwiska, którymi codziennie go szczyciłam. Po kilku minutach bezsensownego wpatrywania się w pustą ścianę miałam już dosyć.
 - Chyba pora wracać... - Szepnęłam sama do siebie.
 - Cassie! Wychodzę! - Zakrzyknęłam przy drzwiach zgarniając przy okazji mój łup i groźnego psa jakim był Toby.

~*~*~*~*~
Przez następne dni wszędzie było mnie pełno. Chcąc zapomnieć o brunecie, który nagle wtargnął w moje życie brałam wszystkie zlecenia jakie tylko wpadły mi w ręce. Pracowałam, tłumaczyłam teksty, odwiedzałam rodzinę i znajomych udając, iż wszystko jest w najlepszym porządku. Podświadomie cały czas oczywiście myśląc o Austinie. Pewnego dnia będąc na mieście przed oczami mignął mi jakiś motocykl. A że od jakiegoś czasu miałam fazę na te sprzęty i chciałam sobie nawet kupić własny, to oczywiście obejrzałam się za nim kilka razy i widząc motocyklistę żałowałam, że nie mogę tam siedzieć razem z nim. I żałowałam też, że nie miałam już nikogo kto mógłby wsadzić mnie na motor. Ponownie obraz mężczyzny pojawił się w moich myślach, lecz na krótko. Potrząsnęłam głową odganiając wszystko to co z nim związane i tylko przyspieszyłam kroku.
Pora zacząć nowe życie całkowicie wolne od nadętych facetów. Żegnaj Austinie...

środa, 16 stycznia 2019

Pogoda na zewnątrz była wręcz fatalna. Jakby się uprzeć to może nawet podchodziłoby to pod mini burzę śniegową. W każdym razie, trening to trening i nie mogłem go ominąć, toteż zjawiłem się chwilę przed czasem by móc sobie w spokoju ogarnąć mojego ulubionego rumaka.
Oczywiście później, gdy już zaczęły się ćwiczenia bardzo skrupulatnie wykonywałem polecenia
jednej z trenerek, której nawet imienia nie znam. Jak się później okazało - znienawidziłem ją całym sercem, gdy kazała mnie i mojej ukochanej towarzyszce (O Alice mowa), czyścić końskie boksy.
 - Protestuję! - krzyknąłem zintrygowany.
 - Nie wydurniaj się Marco! Idziesz w tej chwili. - Żachnęła się pani Cooper.
 - Pierdziele, gorzej niż moja matka - bąknąłem jeszcze pod nosem.
No nic... Korzystając z faktu, że konie z głównej stajni były albo na treningu, albo na padoku zgarnęliśmy wszystkie odpowiednie sprzęty (czytaj: dwie taczki, widły, wiaderko i inne niezbędniki).
 - Dobra, zróbmy to szybko i udajmy się jak najdalej od siebie dobra? - zaproponowała szorstko.
 - Jestem za.
 - Moja jest ta część. - Wskazałem palcem na boksy po jednej stronie. - Weź zajmij się tymi na przeciwko. - Skinąłem głową w ich stronę.
 - A może ja wolę te po twojej stronie? Pewnie sobie je wziąłeś bo jest ich mniej. - Prychnęła.
 - Na pewno tak jest - Uśmiechnąłem się z sarkazmem. - To sobie weź tamte boksy ja mam to gdzieś. - Wbiłem widły w siano i udałem się do boksów na przeciwko.
Bez słowa zacząłem odgarniać zbędną słomę i jakoś upychać ją na wyżej wspomnianą taczkę. Alice chwilę przyglądała mi się w milczeniu, a później dołączyła do mnie. W sumie to nie odzywaliśmy się do siebie przez dobre pół godziny, a ze względu na to, iż sprzątaliśmy to wręcz na błysk to zarówno ja i ona skończyliśmy zaledwie ogarniać trzeci boks.
 - Jak tylko to skończę to sobie stąd pójdę i nie chcę ci już dzisiaj widzieć. - powiedziała.
 - I tak skończę pierwszy. - Wzruszyłem barkami.
 - O nie, nie, nie, chyba nie wiesz  z kim rozmawiasz. Będę przed tobą.
 - Chciałabyś skarbie. - Zaśmiałem się z dezaprobatą. - Możemy się założyć, że będę pierwszy.
 - Zgoda! O co?
 - O przysługę.
 - Przysługę?
 - Jeśli ja wygram, to wyświadczysz mi przysługę i odwrotnie. Uściślając, w miarę normalną jeśli łaska.
 - Szykuj się na przegraną! - Uśmiechnęła się tryumfalnie.
 - W twoich snach.
Tak więc zawarliśmy układ. Czym prędzej wziąłem się za siebie i jeszcze szybciej wrzucałem słomę na taczkę, uzupełniałem jedzenie i wodę dla zwierząt. Miałem tę przewagę, że byłem mężczyzną (dość wysportowanym swoją drogą), więc z natury łatwiej było mi wykonywać wszelkiego rodzaju prace fizyczne. Chcąc nie chcąc Alice nie zostawała w tyle co kłóciło się z moimi planami. Chwilami to ja byłem jeden boks do przodu, to znowuż byliśmy na równi...
Przyznam szczerze iż miałem już dość i najchętniej rzuciłbym się na moje łóżko chcąc pójść spać. To jednak nie miało prawa bytu, bowiem przede mną było jeszcze kilka mini pomieszczeń.
W międzyczasie oczywiście cały czas sobie dogryzaliśmy i przeszkadzaliśmy. W pewnym momencie nawet wywiozłem pustą taczkę dziewczyny gdzieś w pole żeby nie mogła jej znaleźć. Jak nietrudno się domyślić ona nie pozostała mi dłużna i niedługo potem również zaczęła nieco bardziej utrudniać mi życie.
 - No, nie spodziewałam się, że zrobicie to tak dokładnie! - Pani Cooper pojawiła się w drzwiach wejściowych. - Widać, że jesteście zgranym duetem i bardzo się lubicie!
Wymieniłem nienawistne spojrzenia z brunetką, lecz na mojej twarzy dalej przyklejony był uśmiech, gdyż wolałem nie mieszać w nasz konflikt nauczycieli i instruktorów.
Kilka ostatnich boksów uprzątnęliśmy w ciszy, bowiem każdy skupiony był na wygranej.
 - Ile? - spytałem pod koniec naszej pracy.
Po zliczeniu wszystkich pomieszczeń, zdaliśmy sobie sprawę jakimi idiotami jesteśmy.
 - Przecież po obu stronach jest tyle samo. - Bąknęła już nieco przytłoczona, a ja tylko się zaśmiałem.
 - To prawie tak jakbym wygrał - Wzruszyłem ramionami.
 - Tak, tak chciałbyś. Po prostu nie potrafisz zaakceptować faktu, że mogłabym być lepsza. - Prychnęła zakładając przy okazji ręce na piersi.
 - Tak? W takim razie udowodnię ci, że potrafię. Przegrałem, jestem winien ci przysługę. Może jeszcze powinienem przed królową uklęknąć? Czy może jednak sobie podaruję...
 - Jesteś żałosny.
 - Powiedz co jestem ci winien w ramach mojej przegranej, tyle wystarczy. - Puściłem jej oczko.

Alice? Woah, może być ciekawie *lenny*